Władimir von Richter- wspomnienia

Dziedzictwo Wielkiej Wojny > Historia > Władimir von Richter- wspomnienia
Richter
7 marca, 2026r

Władimir von Richter- wspomnienia

Tłumaczenia i opracowanie: Jacek Czaplicki

Władimir Gwidowicz Richter (Włodzimierz Rychter) bardziej znany jako Władimir von Richter (ur. 16 (29) czerwca 1886 r. – zm. 21 września 1968 r.) gościł już na naszej stronie w opracowaniu Marii Pahl i Gabriela Janczarskiego. W tekście tych autorów, mogliśmy się zapoznać z bogatym życiorysem tego rosyjskiego a później polskiego oficera kawalerii, z jego późniejszymi losami oraz jego pasją kolekcjonerską. Opracowanie to można przeczytać pod linkiem: Władimir Gwidowicz Richter. W tekście poniżej chcę przedstawić tłumaczenie wspomnień Władimira Richtera, które ze zamieścił żurnale: „Военная Быль” wydanym w Paryżu w 1965 r.

Wśród strzelców syberyjskich

Miałem 28 lat, kiedy w wyniku mobilizacji w 1914 roku zostałem powołany z rezerwy kawalerii do służby w miejscowości Walk, gdzie powierzono mi stanowisko kierownika punktu zaopatrzeniowego węzła kolejowego. Nie podobało mi się to stanowisko, – karmienie wojskowych eszelonów rękami brodatych kucharzy z uzupełnień, którzy nie mieli pojęcia nawet o podstawach sztuki kulinarnej – które było związane z ciężką pracą i ogromną odpowiedzialnością. Jeszcze gorsza była świadomość przebywania na tyłach, wręcz odpychająca. Niejednokrotnie widziałem, jak strażnicy prowadzili gdzieś aresztowanych, dobrze ubranych cywilów, zatrzymanych w większości na podstawie donosu lub za „rozmowę przez telefon po niemiecku”.

Mój ojciec, wówczas generał-lejtnant, dowodził VI Korpusem Armijnym[1] i po wysłaniu przeze mnie telegramu z prośbą o przeniesienie do armii czynnej, zostałem przeniesiony do 4. Pułku Ułanów Charkowskich, wchodzącego w skład jego korpusu! Nie było to najlepsze rozwiązanie… ale nie było sensu się sprzeciwiać. Po przybyciu do Ostrołęki, do siedziby sztabu IV Korpusu, dowiedziałem się (kolejna „ojcowska” niespodzianka), że zostałem mianowany… adiutantem sztabu korpusu! Ledwo udało mi się przekonać ojca i pół godziny później wyruszyłem na wozie do pułku.

Muszę ostrzec, że w wyniku ciężkiego urazu głowy, którego wkrótce potem doznałem, moja pamięć bardzo ucierpiała, a wszystkie moje notatki i dokumenty zostały przeze mnie spalone w Wilnie w 1939 roku, by nie wpadły w niepowołane ręce, dlatego w mojej relacji mogą pojawić się błędy lub pominięcia.

W pułku nie przebywałem długo. Z jaśniejszych wspomnień pozostał udany wypad na stację kolejową na terytorium wroga, kiedy po uszkodzeniu zwrotnic, pompy wodnej, telefonów i telegrafu mój patrol przejął również skrzynkę pocztową wypełnioną listami landszturmistów, którzy niedawno odjechali transportem kolejowym. Listy te okazały się niezwykle przydatne dla naszych służb wywiadowczych. Brałem również udział w ataku konnym mojego szwadronu, małym epizodzie tej strasznej wojny. Zostanie on opisany w innym miejscu.

W marcu oficerowie pułku zostali zaproszeni na losowanie. Dwóch oficerów, na których padnie los, miało zostać oddelegowanych do stacjonującej w pobliżu 10. Dywizji Strzelców Syberyjskich z Korpusu Syberyjskiego, aby uzupełnić ogromne straty kadry oficerskiej w tej jednostce. Dywizja ta przybyła z Dalekiego Wschodu zaledwie dwa miesiące temu i straciła już trzy czwarte swojego składu…

Zauważyłem, że jeden z oficerów, który wylosował tę służbę, był tak kochany przez swoją matkę, że ta nieustannie podążała za pułkiem, dlatego wyraziłem chęć zastąpienia go. Natychmiast, obładowawszy konie, wraz z ordynansem i łącznikiem wyruszyłem do sybiraków.

Po stawieniu się u szefa sztabu dywizji, pułkownika Appelgrena, otrzymałem instrukcje oraz przydział. Czułem, że „wzruszył się” moim losem i próbował mnie pocieszyć, żartując nieco na siłę, chociaż jestem pewien, że nie sprawiałem wrażenia człowieka przygnębionego.

W sztabie 37. Pułku Strzelców Syberyjskich, mieszczącym się w zagłębionej ziemiance, przywitał mnie głośny śmiech mocno wstawionego kapitana, który tymczasowo dowodził pułkiem. Zostałem mianowany dowódcą 7. Kompanii i tymczasowym dowódcą II Batalionu. Poza mną w całym batalionie nie było ani jednego oficera służby czynnej. Było kilku praporszczyków, z których niektórzy zostali właśnie awansowani ze stopnia feldfebla. W mojej kompanii, która, jak wspomniano powyżej, przybyła na front w pełnym składzie bojowym zaledwie dwa miesiące temu, było tylko… 11 strzelców czynnej służby, a pozostali, w bardzo szacownym wieku, byli rezerwistami. Nasze okopy były płytkie, zdatne do strzelania z kolan. Zaczęliśmy je pogłębiać, naprawiać okopy łącznikowe, budować blokhauzy, wszystko to oczywiście nocami. Niosąc ogromne kłody, w czasie gdy Niemcy odpalali race, padaliśmy na ziemię. Ich okopy znajdowały się na przeciwległym zboczu doliny, w odległości około 500-700 kroków. Jeszcze trudniejsze było ustawianie zasieków z drutu. Wielu poległych w wcześniejszych walkach nadal gniło między okopami po obu stronach… Wkrótce dowiedziałem się, że mój kolega z pułku, na którego padł los i został przydzielony do sąsiedniego pułku strzelców, został ranny w rękę i ewakuowany. Jeden z dowódców kompanii, który cudem przeżył pierwsze walki dywizji, przystojny młody sybirak, wyjrzał kiedyś z gniazda karabinu maszynowego i natychmiast padł martwy, trafiony kulą w gardło.

Kiedy latem 1915 roku rozpoczęła się frontalna ofensywa Niemców, byłem już dowódcą samodzielnej sotni konnych zwiadowców dywizji. Straty dywizji ponownie były duże. Pułkiem dowodził wówczas dzielny oficer oddelegowany z Lejb-Gwardyjskiego Fińskiego Pułku, pułkownik Stefan Joakimowicz Doroszewski, Polak, szanowany i lubiany przez wszystkich. „Niskiego wzrostu, szczupły, z brodą” – napisał do mnie wiele lat później jego kolega z pułku fińskiego – „w pierwszej bitwie pod Lublinem został ciężko ranny w klatkę piersiową… Po przewrocie bolszewickim był kilkakrotnie aresztowany i zesłany…”. Podczas jednej z walk w tylnej straży leżałem obok niego, osłonięty dużym głazem, od którego co chwilę odbijały się kule. Obok nas, rozciągnięta w tyralierę, przebiegła półkompania świeżo przybyłych posiłków pod dowództwem młodego praporszczyka; którego dziesięć minut później, zabitego na miejscu, zabrano go na tyły…

W mojej pamięci utrwalił się tragiczny obraz: po tym jak wróg przeprawił się przez Narew nieco oddaliliśmy się od naciskających Niemców. A tam na niskim syberyjskim koniu, pochylony z powodu świeżo odniesionej rany, siedział pułkownik Doroszewski. Obok niego wisiał sztandar, a wokół zebrały resztki pułku – kilku oficerów i około 300 strzelców. Byłem niedaleko od nich z plutonem konnych strzelców-zwiadowców. Wybuch ciężkiego pocisku zabił i ranił kilku strzelców i konie, w tym mojego konia. Kiedy doszedłem do siebie, dowiedziałem się, że zmierzamy gdzieś na wschód, między wycofującymi się naszymi a nacierającymi Niemcami. Zdałem sobie sprawę, że jestem przewożony na noszach zrobionych z drągów i końskich derek. Zwiadowcy nie znaleźli ani dwukołowej karetki sanitarnej, ani nawet wiejskiej furmanki. To właśnie wstrząs mózgu podczas tego zdarzenia spowodował utratę pamięci. Od razu to poczułem, ciało pozostało zdrowe, ale przez dwa tygodnie mięśnie nie chciały współpracować.

Wcześniej, a zwłaszcza podczas mojej tygodniowej podróży na noszach, które były zaprzęgnięte z przodu i z tyłu przez dwa konie, a potem, do końca mojej służby wojskowej w październiku 1916 r., ileż szczerego ciepła, troski, inteligencji i sprytu widziałem u wszystkich tych ludzi z Permu, Zabajkalu, Ussuri, młodych i starszych –strzelców syberyjskich! Zawsze rozważni, posłuszni, pełni szacunku i inteligentni, opanowani i odważni, wykazali się jako niezrównani żołnierze. Z powyższego jasno wynika, jakie relacje powstały między nimi a mną.

Jesienią umocniliśmy się na przesmyku między dużym jeziorem Narocz a mniejszym [Świr], na północny zachód od Mołodeczna. Czasami dochodziło do krótkich, ale intensywnych walk z towarzyszącym ostrzałem artyleryjskim; celem tych „wzmocnionych wypadów rozpoznawczych” było pojmanie „języków”. Straty były znaczne, ale nie udało się wziąć jeńców. Dowódca dywizji, generał major Andriej Georgiewicz Jelczaninow (profesor taktyki w Cesarskiej Akademii Wojskowej) wezwał mnie do siebie i powiedział mniej więcej następujące słowa: „Dobrze znasz wyniki tych „wzmocnionych wypadów rozpoznawczych”, czas skończyć z tymi narzuconymi z góry i kosztownymi rzeziami. Od teraz przekazuję to zadanie tobie i twojej sotni. Pokażcie, jaką chcecie inicjatywę, ale nie wracajcie bez „języka”.

Zebrałem sotnię, wyjaśniłem nadchodzące zadanie, powiedziałem, że będziemy działać w małych grupach i chciałbym wiedzieć z góry, jaką metodę należy zastosować do kompletowania takich grup: dobrowolnie zgłoszenia, losowo czy wyznaczyć składy? I od razu zadałem pytanie: „Kto idzie na pierwszy zwiad?”. Cała sotnia zrobiła trzy kroki do przodu, bez wahania, nie oglądając się na siebie. Oczywiście nie była to już pełna „sotnia”, ponieważ zostało w niej około czterdziestu ludzi… Kilku z nich zapamiętałem bardzo dobrze. Był w niej feldfebel Rukawkow (z guberni tomskiej), niski, krępy, elokwentny wiejski handlarz, bardzo rozważny, marzący o Krzyżu św. Jerzego. Paweł Zamula wysoki, szczupły, przystojny brunet, potomek Ukraińców przesiedlonych do Kraju Usuryjskiego, zapalony myśliwy polujący na tygrysy, a przez to ostrożny, bystry, wyjątkowo odważny (miał już krzyż i medale). Nie młody już, wąsaty Polak, urodzony na Syberii, krępy i odważny. Wachmistrz, kozak zabajkalski, wysoki, szczupły, potomek Buriatów, o mongolskich rysach twarzy, który przeszedł kampanię japońską, mądry, okrutny, bardzo pobożny i milczący. Starszy podoficer Pierwikin (z Permu): człowiek z krwi i kości, opanowany, silny, zawsze wspominający żonę i dwoje dzieci. Dostał już pozwolenie, by wyjechać na urlop, kiedy zginął. Tak, byli ludzie…

Kiedy jeziora zamarzły, Niemcy przeprawili się przez duże jezioro, przekraczając linię min przeciwpiechotnych, przykrytych śniegiem. Wzdłuż tej linii, która ciągnęła się od brzegu do brzegu, poruszały się ich ruchome zamaskowane sylwetki z karabinami maszynowymi na sankach. Nasi zwiadowcy doskonale zbadali tę linię ochrony, a dużą pomoc w tym udzielił nam młody rybak z nadbrzeżnej wsi Gostowna. Wkrótce zaginął bez śladu, prowadząc daleki wypad w tyły z sotnią jednego z syberyjskich oddziałów kozaków (pamiętam ich żółtawe kolby karabinów), ale jeszcze przed tym zdarzeniem został odznaczony medalem św. Jerzego.

Na prawo od zajmowanego przez nich przesmyku zbadaliśmy niewielką wysepkę, znajdującą się pośrodku jeziora i ustaliliśmy, że nocą jest ona silnie strzeżona przez zakamuflowanych Niemców. Ta wysepka została wybrana jako nasz pierwszy cel. W białych maskujących okryciach, z butelkowanymi ręcznymi granatami, z karabinami z nasadzonymi bagnetami, w dziesięcioosobowej grupie, pod koniec nocy okrążyliśmy wyspę od tyłu i na gwizdek rzuciliśmy granaty. Czterech Niemców padło zabitych, a dwóch (chyba z 48. Regimentu Landwehry) dostarczyliśmy żywych do sztabu dywizji (jeden z nich był ranny w ramię). Zabraliśmy wszystkie plecaki, broń, aparat telefoniczny i pod silnym ostrzałem wróciliśmy bez strat do bazy. W tym przypadku, podobnie jak we wszystkich kolejnych, staraliśmy się zacierać ślady: ostatni zwiadowca ciągnął za sobą szeroką świerkową „łapę”.

Wkrótce potem postanowiliśmy złapać „większą rybę”, czyli kogoś z ciężkiej artylerię. Położenie ich baterii, jak ustalono na podstawie zeznań jeńców wziętych podczas poprzedniego najazdu, znajdowało się na wschód od wsi Simony, około sześciu wiorst od naszych okopów. Opis tego wypadu przepisuję z „Русского Инвалида” nr 11 z 1916 roku (uprzejmie przesłanego mi przez nieżyjącego już pułkownika K. N. Skuratowa w 1947 roku).

„W rejonie jeziora Narocz, zwiadowcy konni, wysłani pod dowództwem porucznika Richtera, przeprowadzili udany zwiad. Około godziny 23:00 porucznik Richter, który ruszył w kierunku wroga, podzielił oddział na dwie grupy, wysyłając jedną do folwarku Antonisber, a sam z drugą grupą udał się do wsi Simony. Wkrótce oddział porucznika Richtera napotkał dwóch niemieckich żołnierzy, zbliżających się do naszych pozycji. Zdeterminowany, by ich pojmać, porucznik Richter, w odpowiedzi na ich okrzyk „Kto tam idzie?”, głośno zaklął, chcąc ich zmylić, i kontynuował marsz. Kiedy zwiadowcy zrównali się z Niemcami, porucznik Richter nagle rzucił się na nich. Niemcy zdążyli jednak strzelić z bliskiej odległości, ale chybili i w następnej chwili zostali schwytani i rozbrojeni. W tym samym czasie feldwedel Rukawkow, który dowodził drugą grupą, odkrył ziemiankę, w której znajdowało się co najmniej pięciu Niemców. Podkradając się, zwiadowcy obrzucili ją granatami ręcznymi, wszyscy Niemcy zostali zabici. W międzyczasie na placówce wroga wybuchło wielkie zamieszanie, wszędzie wystrzeliwały race, włączyły się reflektory i rozpoczęła się chaotyczna strzelanina. Porucznik Richter, po przecięciu niemieckich linii telefonicznych i przewodów prowadzących do min, bezpiecznie wycofał się wraz z drużyną na nasze pozycje, zabierając ze sobą dwóch Niemców oraz zdobyte karabiny i granaty ręczne.”

Do tego opisu uważam za konieczne dodać, że:

1) w zwiadzie uczestniczyła nie cała jednostka, a tylko 9 ludzi (ale nie ci sami, którzy brali udział w poprzedniej akcji zwiadowczej),

2) zakląłem, ale po niemiecku, i nasza trójka, nie zwalniając kroku, szła prosto na nich,

3) wszyscy rzucili się na wrogów (a nie tylko ja), kiedy Niemcy, opamiętali się, podnieśli karabiny i strzelili z bliska, a jeden zdążył krzyknąć „russen”,

4) w tekście „Русского Инвалида” pominięto (być może celowo), że wszyscy wzięci do niewoli i zabici w ziemiance byli z ciężkiej artylerii (osłaniali swoją baterię z prawej strony). Zeznania tych jeńców były niezwykle ważne.

Po pewnym czasie otrzymaliśmy rozkaz zlokalizowania i obrzucenia granatami sztabu niemieckiej dywizji, który według zeznań jeńców znajdował się we wsi położonej na przeciwległym brzegu dużego jeziora, dziesięć wiorst od naszych pozycji. Zadanie było poważniejsze. Wyruszyliśmy w drogę zaraz po zapadnięciu nocy; miałem ze sobą 26 zwiadowców. Poruszaliśmy się powoli, ostrożnie, w parach, blisko siebie. Po trzech godzinach nagle usłyszeliśmy ludzki kaszel… Po kolejnych trzech minutach z góry dobiegło nas wołanie po niemiecku: „Wer da?”.

(Zrozumieliśmy, że zostaliśmy wykryci, głos z góry! Z wysokiego brzegu!) Odpowiedziałem głośno po niemiecku: „Robotnicy 48. Landwehry”. Ruszyliśmy szybciej i gdy tylko (z góry) zaczęto do nas strzelać, krzyknąłem do idącego obok mnie starszego podoficera Permikina: „Obejdź ich z prawej, ja po lewej” i każdy pobiegł w swoją stronę (Permikin zginął dosłownie kilka sekund później). Znaleźliśmy się w „martwej strefie”, u stóp wysokiego brzegu, o wysokości czterech sążni. Pomagając sobie bagnetami, zaczęliśmy wspinać się w górę, omijając strzelających z okopu. Cała „akcja” zakończyła się po 6-8 minutach… Widziałem, że ci, którzy wspięli się na wysoki brzeg, rzucali granaty, a potem walczyli na bagnety… Pamiętam, że znalazłem się na tyłach obrońców, w lesie, i klęcząc, rzuciłem 2-3 granaty, najpierw w drzwi otwartej ziemianki, a potem w środek okopu. Przed sobą miałem sanie z chrustem. Kiedy się wyprostowałem, zostałem powalony ciosem i myślałem, że jestem ranny w brzuch……

Potem wybuchy i strzały jakby ustały, próbowałem wstać… nie mogłem. Nagle podbiegło do mnie dwóch ludzi, w jednym rozpoznałem starszego podoficera Zamulę. Złapali mnie pod pachy, pociągnęli i zepchnęli z brzegu, głową w dół. Wtedy zrozumiałem, że nie jestem ranny w brzuch, tylko w nogę. Byliśmy ostatni. Zgodnie z wydanym wcześniej rozkazem, pierwsi mieli odejść wszyscy, którzy mogli, wraz z rannymi i jeńcami. Podsunęli mi karabin, który chwyciłem pośrodku. Zamula, nazwiska drugiego już nie pamiętam, ciągnęli mnie, leżącego na plecach, przez całe jezioro, śladami oddalających się zwiadowców. Kiedy nad ranem wyszliśmy na nasz brzeg, moje odzienie i skórzana kurtka były podarte aż do ciała, które również było pokryte głębokimi zadrapaniami.

Za ten wypad zwiadowczy zostałem odznaczony Orderem św. Jerzego IV stopnia i Bronią św. Jerzego, a zwiadowcy otrzymali: dwóch – Krzyż św. Jerzego II stopnia, pięciu – III stopnia, dziewięciu – IV stopnia, a trzech – Medale św. Jerzego IV stopnia…

Po dokładnym zbadaniu nas wszystkich w szpitalu wojskowym lekarze oznajmili mi wyniki badania: rana wylotowa przechodząca przez lewe kolano, od strzału oddanego z odległości 12-16 kroków, otwór wylotowy kuli ma 3,5 centymetra średnicy, kości roztrzaskane – nogę trzeba amputować… Nie zgodziłem się i poprosiłem o ewakuację na tyły. Przewieziono mnie wraz z dwoma innymi zwiadowcami do Mińska, do znakomitego szpitala im. Cesarzowej Aleksandry Fiodorownej. Po dwóch operacjach nogę mi zostawiono, ale była pokrojona i nie zginała się wystarczająco. Mój charkowski pułk przesłał mi telegram podpisany przez starszego pułkownika Kisielewa, z gratulacjami, życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia i zaproszeniem, do powrotu do pułku.

Po ośmiu miesiącach spędzonych w szpitalu, choć nadal poruszałem się o kulach, postanowiłem odwiedzić moich drogich sybiraków, którzy w tym czasie znaleźli się już na froncie rumuńskim, w Dobrudży. Moja próba wyruszenia wraz z batalionem idącym do ataku zakończyła się niepowodzeniem – zostałem wysłany na tyły i, zgodnie z rozkazem dowódcy korpusu, jako niezdolny do służby czynnej, wyjechałem do Petersburga na stanowisko pomocnika kierownika sekcji zagospodarowania w Nikołajewskiej Akademii Wojskowej. Zostałem tam „odstawiony” przez jadącego na urlop w rodzinne strony, do Ussuri, starszego podoficera Zamulę, który był już kawalerem wszystkich czterech stopni Krzyża i Medalu św. Jerzego.

Po przewrocie bolszewickim zostałem całkowicie zwolniony ze służby, a utrata zdolności do pracy została określona na 80%. W przeddzień rozwiązania Zgromadzenia Konstytucyjnego do całkowicie pustego budynku Akademii wkroczyła grupa marynarzy z Kronsztadu pod dowództwem byłego kadeta Raskolnikowa. Poinformowano mnie, że przebijają bagnetami galerię obrazów bitewnych Wierieszczagina, wizerunek św. Jerzego itp. Poszedłem tam i nakazałem zaprzestać tego bezprawia – sądzę, że mój biały krzyż wywarł na nich wrażenie, ponieważ rozkaz został natychmiast wykonany.

Jeszcze kilka drobnych wspomnień: kiedy przejąłem kompanię sybiraków, było w niej 11 Żydów, którzy stopniowo wszyscy zniknęli (kilku przeszło do Niemców, inni zbiegli na tyły), z wyjątkiem jednego. Był to niewielki, wątły człowiek, wesoły, z zabawnym akcentem, szanowany i kochany przez wszystkich za swoją wyjątkową odwagę. Zginął, dosłużywszy się rangi starszego podoficera, posiadając już dwa „Krzyże” i trzy „Medale”.

Jakiś czas po rewolucji poinformowano mnie, że na dziedzińcu Akademii znajduje się jakiś ułan z dwoma końmi w pełnym oporządzeniu i prosi o przywołanie mnie… Był to mój ordynans, który przybył „w szyku marszowym” z frontu rumuńskiego, z moim koniem…

Władimir von Richter

.

Z magazynie „Военная Быль”, nr 94 listopada 1968, redakcja na pierwszych stronach zamieściła klepsydrę poświęconą Richterowi, który na łamach magazyny zamieścił parę swoich tekstów.

Źródła:

ria1914.info

gwar.mil.ru

magazyn: Военная Быль


[1] W oryginalnym tekście wydrukowano, że Richter Gwido Kazimirowicz dowodził IV Korpusem Armijnym. W numerze nr 74 redakcja „Военная Быль” napisała, ze był to błąd ich redaktorów.

0 0 votes
Article Rating
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments